— Czy ojciec mówił o naszej sytuacji serio?
Wilhelm Dalcz milczał.
— A to ładnie nas ojciec wygospodarował! — wybuchnął Zdzisław.
— Proszę wyjść — odpowiedział półgłosem ojciec.
Gdy drzwi za Zdzisławem trzasnęły, podniósł ręce do skroni i trwał tak przez chwilę w bezruchu... Nacisnął guzik dzwonka. Na progu ukazał się sekretarz.
— Czy są już delegaci?
— Tak jest, panie dyrektorze.
— Niech wejdą.
Weszli trzej robotnicy. Pan Dalcz znał ich dobrze. Już od trzech lat byli wybierani. Mieli bowiem nie tylko wzięcie u ogółu robotników, lecz i uznanie dyrekcji za swój takt i za umiejętność łagodzenia zatargów, których przecie nie brakło, jak w każdej fabryce.
— Dzień dobry, panowie — powitał ich dyrektor, podając po kolei rękę. — Siadajcie, proszę.