— Nieporównanie! — szepnął Zdzisław.
— Aleś ich wziął — cicho zaśmiał się Jachimowski.
— Nie wyglądało to na bezprawie?
— Cóż znowu. Gadałeś tak, jakbyś był niewątpliwym właścicielem fabryki.
— Tylko, psiakrew, ten Blumkiewicz! — zaklął Zdzisław.
— Co za niedopatrzenie. Wszędzie potrafi się wcisnąć, ale Józefa zwymyślam jak psa, że go wpuścił — irytował się Jachimowski.
— Nic nie szkodzi — wzruszył ramionami Paweł — pogadam z nim. Bądźcie wieczorem u matki. Do widzenia.
Paweł wiedział, że Blumkiewicz jest twardą i sprytną sztuką. Toteż bynajmniej nie lekceważył rozmowy z nim. Miał początkowo inne plany, inaczej zamierzał zabrać się do stryja Karola, teraz jednak, skoro jego szpicel słyszał na własne uszy tę „mowę tronową”, należało zmienić taktykę.
Toteż wszedł do gabinetu z miną posępną i ze skulonymi ramionami. Blumkiewicz wstał z krzesła i dość bezczelnym wzrokiem przyglądał mu się badawczo.
— Jest pan zdziwiony, panie Blumkiewicz? — rzucił Paweł ze smutnym uśmiechem.