— Więc co? — zapytał przesadnie łagodnym tonem. — Więc co, panienko?... Chciałaś się mścić?... Mścić?...
Nieprzytomna ze strachu i ze szczęścia, wyrzucała z siebie najpokorniejsze słowa, błagania, przeprosiny, łkania. Usiłowała zarzucić mu ręce na szyję, lecz on z całej siły odepchnął ją od siebie. Cztery, czy pięć kroków i nogi zawadziły o dywan, całym ciężarem uderzyła o krzesło i upadła wraz z niem na podłogę.
Junoszyc poderwał ją z ziemi:
— Mścić się?... — pytał straszliwym szeptem przez zaciśnięte zęby. — Na mnie się mścić?... Może zadenuncjować? Co?... Ty... suko!
Zwinęła się z bólu, lecz on, jak kleszczami, trzymał ją oburącz za ramiona.
— Koki!... Litości!... Daruj!... — jęczała. W ustach miała smak krwi.
— Ja cię nauczę! Ja ci pokażę! — rzucił nią o ziemię i widocznie zmęczony, usiadł na fotelu.
Nira rozdygotana, z włosami w nieładzie, doczołgała się doń i szlochając, objęła jego nogi.
— Koki!... Ja byłam... szalona... Przebacz.. przebacz. „Przecie ja cię tak kocham... Daruj...
Pochylił się, podniósł ją i posadził na kolanach. Przywarła z całej siły do jego piersi. Nie czuła już bólu, tylko niewypowiedzianą radość, tylko jego pocałunki na twarzy, mokrej od łez i krwi.