— Nie. To moich krewnych — skłamała bez namysłu.
— Tak przypuszczałem. Gdyby pani najlepiej z tem łażeniem po ludziach szło, nie mogłaby pani sobie pozwolić na taki wóz. Zresztą poco pani taki luksus?... Ile pani zarabia?...
— Niedużo. Niestety, zbyt często klienci są tak oporni, jak pan. Gdyby jednak pan dał się namówić...
— Dajmy temu spokój — przerwał. — Ponieważ mój czas jest bardzo ograniczony, a jestem nie salonowcem, lecz businessmanem powiem poprostu: Proponuję pani ładne pięciopokojowe mieszkanie, kupię pani porządnego „Chryslera” i proponuję dwa tysiące miesięcznie na pani osobiste wydatki. Pani mi się bardzo podoba. Żona moja jest chora i rzadko przyjeżdża z sanatorjum. Pozatem dodam, że nie jestem zbyt dokuczliwy, gdyż — jak zaznaczyłem — pochłaniają mnie interesy.
Nira obrzuciła go zaciekawionem spojrzeniem, lecz odpowiedziała niemal wyniośle:
— Nie zrozumiałam jednego: jakiego rodzaju posadę pan mi proponuje?
— Nie bądźmy naiwni — zaśmiał się Czubarkiewicz, pokrywając śmiechem lekkie zmieszanie.
— Pan daruje... — Nira wstała. — Zdaje się, że pomyliliśmy się oboje.
— Co do czego?
— Ja co do pańskiego wychowania, a pan co do mojego.