Gdy po dwóch tygodniach zapoznał się jako tako z nowym fachem i w geografji urzędów zorjentował się nieźle, postanowił porzucić punkty mniej rentowne i zainstalował się przy Sądzie Okręgowym na Miodowej. Szło nieźle. Dzienny zysk po odliczeniu kosztów papieru, dochodził do pięciu złotych, a klijentela rosła, gdyż brał mniej, niż inni. Zyskał nawet sprzymierzeńca w osobie odźwiernego, który chętnie kierował doń interesantów. Pewnego jednak dnia zbliżyli się do Murka dwaj konkurenci.

— Panie ładny — powiedział jeden z nich krótko. — Zjazd stąd, bo zęby będą w robocie.

— A cóż to wasz monopol?

— A nasz.

— Takiego prawa niema i odczepcie się panowie — odpowiedział bez obawy, obliczając, że z łatwością obroni się przed takimi chudziakami.

— Mówię panu: fora ze dwora! Żeby jutro tu pańskiego śladu nie było. Ani tu, ani na placu Krasińskich, ani nigdzie.

— To wy się wynoście!

— Nie tacy tu już zęby zbierali! — groźnie dorzucił drugi.

— To i wy pozbieracie — zaśmiał się Murek.

— Zobaczymy!