Po śniadaniu wyszli razem i Cipak powiedział:

— O wiele się nie mylę, masz chęć, żeby ci jakie zajęcie nadać?

— Właśnie — potwierdził Murek — przydałoby się. A możesz?

Cipak niedbale wpakował ręce w kieszenie:

— Ja tylko „zerem” dookoła Warszawy jeździć nie mogie, bo mi się we łbie kręci i całe pożywienie z mgłości zrucam, a reszte to wszystko mogie.

Murek zaśmiał się z dowcipu przymilnie.

— Uważaj, Trzewik (Murka przezywano Trzewikiem od czasu, gdy mu buty w nocy skradziono, a on skarżył się, że zginęły mu trzewiki). Uważaj. Trzewik. Dla ciebie ja mam fajną robotę, bo ty, jako jenteligent, z babamy sobie poradzisz. Sam takie ecie-mecie wykombinowałem i swojem fachem z tobą się podzielę.

— Porządny z ciebie chłop — ucieszył się Murek.

— Ty mnie nie masz co bajerować — splunął Cipak. — Przez miętkie serce to robię. Tylko pod jednem warunkiem: gębę masz na cuhaltowy kluczyk przymknąć, bo jakby się każdy łachudra dowiedział, nie strzymalibyśmy konkurencji. Zapyta cię który, co niesisz?... To ty mu cyk!... Że niby z wizyty. Panimajesz?... A nie to: — Wont, lebiego, na zatraconą twoją metrykę!... I ju... A jeżeli glina się przylepi, swoje tłomaczenie masz i nijakiem sposobem zmartwienia nie zaznasz.

— Cóż to za robota?