— Nieprawda! — ochryple zawarczał Niżynier, łapiąc oddech.
— Nie trajluj już o babach — pojednawczo odezwał się Cipak — bo go szlag trafi i jeszcze nam tu zimnem trupem padnie.
— Dobrze — zgodził się Murek, w którym pod wpływem wypitego alkoholu wezbrało pragnienie, nie tyle może przekonania Niżyniera, ile sprecyzowania dla samego siebie własnych poglądów, utwierdzenia się w przeświadczeniu, że nie dojdzie do takiej ruiny, jak Niżynier. — Dobrze. Miłość jest wielką dźwignią, ale nie jest jedynym motorem. Weźmy choćby taką rzecz, jak obowiązek.
— Jaki obowiązek? — odzyskiwał równowagę Niżynier.
— Powiedzmy, rodzinny. Obowiązek utrzymywania rodziny, albo dziecka. Wychować je, wykształcić, przygotować do życia...
— Żeby później wyparło się ojca?... Albo żeby zeszło jego śladem na psy?
— A pozatem — ciągnął Murek — szereg innych obowiązków. Wobec państwa, wobec społeczeństwa, wobec narodu. Nie uwierzę, byś przynajmniej w podświadomości nie czuł tych obowiązków.
Niżynier kiwnął głową:
— Owszem, czuję je w odpowiedniem miejscu. Aż tu od nich siedzieć niewygodnie.
— To nie argument — pobłażliwie uśmiechnął się Murek.