— Nie, panie — minister wstał. — Mogę panu tylko to dać, co mam. A posad nie mam. Oczywiście, mógłbym któremuś z moich podwładnych odebrać posadę i ofiarować ją panu, ale wówczas on byłby skazany na nędzę. Dlaczego tedy mam robić to przesunięcie?...

Murek zagryzł wargi i milczał.

— A zresztą kwestja, kto ma zdychać, a kto żyć wygodnie, nie jest, nie była i nie będzie nigdy rozstrzygnięta innem prawem, jak odwiecznem prawem walki o byt. Zwycięża silniejszy, przegrywa słabszy. I koniec. Tej reguły nie zmieni najlepszy ustrój państwowy, najwspanialsza organizacja społeczeństwa. Bo to jest prawo przyrody. Naturalna selekcja gatunku... Tak... Wie pan to równie dobrze, jak ja. No, cóż. Muszę pana już pożegnać. Aha...

Sięgnął do kieszeni po portfel i wydobył jakiś banknot:

— Ja, osobiście, czem mogę, tem panu służę

Murek jednak cofnął się:

— Dziękuję, panie ministrze, wsparcia nie chcę.

— Niechże pan traktuje to, jak pożyczkę.

— Nie, dziękuję.

Minister z niezadowoleniem schował banknot spowrotem i powiedział: