— Obywatele! — mówca usiłował przekrzyczeć gwar, lecz Murek zawołał znowu:
— My tam nie obywatele, my bezrobotni.
— Zjeżdżaj, frajerze! — wrzasnął ktoś zboku.
— Towarzysze! Towarzysze! Precz z burżujami!... — wołał jakiś głos, a szeroko powtórzone „precz” rozpaliło w Murku jakiś nieznany mu zapał.
Wskoczył na ubitą kupę śniegu i mówił coś, i krzyczał, groził, i wymachiwał pięściami. Grupka urzędników kolejowych i inżynierów, stojących za strzelcem, zaczęła się naradzać, lecz nagle posypały się na nią grudki śniegu. Ktoś bliżej stojący zawinął łopatą i uderzył odwróconego tyłem kolejarza. Świsnęła w powietrzu druga łopata, zakotłowało się. Niemal setka ludzi napierała ze wszystkich stron. Osaczeni wyjęli rewolwery. Tłum jednak nie cofał się. Huknął jeden strzał, drugi, jeszcze kilka. Pomimo zmroku i gęsto padającego śniegu widać było, że strzelano w powietrze.
— Rozbroić ich! — wrzeszczano z tylnych szeregów.
— Towarzysze! Nie dajmy się zabijać!
— Precz z burżujskiemi pachołkami!
Stojący dalej poczęli ciskać łopatami przez głowy bliższych. W wielkim hałasie niepodobna było dosłyszeć nawoływań i ostrzeżeń otoczonych urzędników. Jeden z nich, ugodzony silnym ciosem w głowę, zwalił się z nóg, zalany krwią.
Wówczas tamci zaczęli strzelać w tłum.