— Pański interes?... Ludzie mieszkają. Porządne ludzie. Ja z córką w kuchni, a tu suplikatory.
Obtarła usta fartuchem i poufniejszym tonem dodała:
— A jeżeli masz pan jakie lepsze rzeczy, to mogę do siebie, do komórki wziąć pod klucz. Zawsze bezpiecznie na ludzką pokusę.
Murek machnął ręką:
— Na moje tam nikt się nie połakomi.
Stara zaniepokoiła się:
— A płacić trzeba zgóry!
— Dobrze, dobrze. Ma pani tu zadatku trzy złote — uśmiechnął się — a wieczorem zajadą tu wozy meblowe z mojemi rzeczami.
Już chciał wychodzić, lecz gospodyni zatrzymała go oświadczeniem, że dokumenty musi jutro dać do zameldowania i to nie żadne lewe, tylko akuratne, bo ona z policją nijakich spraw mieć nie chce.
Pożegnał ją zapewnieniem, że wszystko będzie w porządku. W bramie zaczepił dozorcę domu i dowiedział się, że owa baba jest z lepszej familji, gdyż jej rodzice mieli mydlarnię na Okopowej, ale wyszła zamąż za śmirusa i drania, „któren teraz we więźniu wyrok odsiaduje”. Ale ona sama znaczy się, pani Koziołek, jest porządną lekatorką, a żyje z wróżenia i nijakiej lekramy nie potrzebuje, bo na całem Powiślu każdy wie, że jak pani Koziołek co powie, to sprawdzi się, jak ament w pacierzu.