— O wilku mowa — zwrócił się z uśmiechem do Murka, połyskując złotemi zębami. — Uszanowanie panu doktorowi.

Murek niechętnie podał mu rękę. Dawniej w magistracie zbywał go kiwnięciem głowy. Teraz miał ochotę powiedzieć, że słyszał koniec rozmowy i że nie o nim, ani o wilku była mowa, lecz o Boczarskim i o świni. Powstrzymał się jednak, gdyż przemogła ciekawość.

— O mnie? — spytał. — Nie przypuszczałem, by moja osoba mogła być interesująca o tyle...

— Pan Leon Stawski — odezwał się pośpiesznie mecenas — wspominał właśnie, że pan doktór obejmuje jakieś poważne stanowisko w naszej skarbowości.

— To nieprawda — wzruszył ramionami Murek.

Zauważył przytem, że tamci dwaj zamienili szybkie spojrzenia. Stawski klasnął w ręce i, wkładając monokl w oko, powiedział:

— Ach, czego to ludzie nie wymyślą. No, na mnie czas. Moje uszanowanie panu doktorowi, padam do nóżek kochanego mecenasa. Cześć, cześć...

Po wejściu do gabinetu, Murek skonstatował, dlaczego nie dobiegał zeń żaden dźwięk. Drzwi były grubo obite i zasłonięte ciężką kotarą, ściany pokryte dywanami.

— Co za tupet ma ten wstrętny żydziak — zaczął Boczarski, wskazując Murkowi krzesło. — Nie znoszę go organicznie.

— Przyjemny nie jest — powściągliwie bąknął Murek.