— W samą porę! — wybuchnęła głośnym śmiechem.
Podciągnęła nogi i zakryła je brzegiem różowego szlafroczka. Na włosach miała siatkę, która, zapinając się pod brodą, podkreślała śliczny owal jej twarzy. Rozjarzone śmiechem oczy paliły się czarnym ogniem. Wydała mu się nieprawdopodobnie i niewiarygodnie piękna, najdroższa i najbardziej upragniona.
— Przyjechała pani! — chwycił jej rękę i wśród pocałunków powtarzał: — Przyjechała! Moja ukochana! Przyjechała... Tak tęskniłem...
Lekko wyswobodziła dłoń z jego rąk:
— No dobrze, dobrze, ale niech mi pan powie, czy tamci już wszyscy w szpitalu?
— Którzy tamci? — zdziwił się szczerze.
— No, moja kochana rodzinka!
Zasępił się:
— Rzeczywiście, bardzo... bardzo przykre... Pani słyszała?
Z irytacją odsunęła książkę: