Do salonu weszła pani Niewiarowiczowa, korpulentna, zlekka siwiejąca blondynka, o pogodnem spojrzeniu. Wyciągnęła do Murka rękę:
— Czy to wizyta, czy ma pan do męża interes?... On właśnie się ubiera. Zmizerniał pan trochę. Dawno nie widzieliśmy się. Niechże pan siada. No proszę siadać — powtórzyła z uprzejmym naciskiem cokolwiek rozkapryszonym tonem, z którym przed dwudziestu laty musiało jej być do twarzy, bo i dziś jeszcze czemś nieuchwytnem przypominała dziecko.
Usiadł niechętnie i powiedział twardo:
— Ja tylko z interesem, i tylko do pana Niewiarowicza.
— Mąż zaraz nadejdzie — zdawała się nie spostrzegać jego tonu. — Tymczasem ja pana ponudzę. Cóż pan porabia, panie Franciszku?
Spojrzał na nią niemal z nienawiścią:
— Chyba pani prezydentowa żartuje. Cóż mogę porabiać? Szlifuję bruki z łaski małżonka pani.
Zmieszała się, powolnym ruchem poprawiła włosy i powiedziała ciepłym głosem:
— Tak, to bardzo, bardzo przykre...
— Dla kogo? — zapytał z ironją.