— Dobra. Ale zależy za co.

— Właściwie zadarmo — przysunął swoje krzesło Stawski. — Pan będziesz, doktorze, dyrektorem Zjednoczenia Organizacyj Kolonizacyjnych. Niezła nazwa, co?

— Więc to nie firma, tylko jakaś instytucja społeczna?

— Właśnie cała sztuka w tem, żeby firmę tak nazwać, żeby wyglądała na społeczną. Firma musi udawać, że prawie bezinteresownie ułatwia emigrantom wyjazd i znalezienie pracy zagranicą. Pojmuje pan?... Musi pozatem dla pociągnięcia klijenteli chłopskiej mieć zabarwienie ludowe. Jak panu na imię.

— Franciszek.

— Doskonale. Dyrektor Franciszek Murek i doktór praw. Czego więcej trzeba? Praca dla naszego ukochanego ludu? Nie?... Pod takim szyldem można działać bezpiecznie.

— A cóż może być niebezpiecznego?

Stawski zrobił niewyraźny gest:

— No... Różnie. Władze do wszystkiego się czepiają, wszędzie wsadzają swój nos. W kraju bezrobocie, głód, a oni zamiast cieszyć się, że tyle tam ludzi wyjedzie, wolą węszyć w każdej takiej imprezie, powiedzmy, handel żywym towarem... Że kilkaset dziwek znajdzie chleb za oceanem, to już koniecznie żywy towar... Zresztą, panie Franciszek, czy pan myśli, że one, te wiejskie dziewczyny nie wolą tego, niż kopać kartofle?... A w takiej firmie emigracyjnej, zawsze może się zdarzyć, że pewien procent emigrantek w Ameryce puści się na lekkie wody. Czy my za to, pytam się pana, możemy ponosić odpowiedzialność? My jej już tu na miejscu dajemy posadę w Ameryce i kontrakt z pracodawcą tamtejszym. Ale nie możemy ręczyć, czy ona tam tego kontraktu nie zerwie. Cholera ją wie, nieprawdaż?... No, ale im posądzić o handel żywym towarem łatwo. Tylko, widzi pan, udowodnić to będzie trudno. Kontrakt!!! Pojmujesz pan?

Murek patrzył spodełba na błyski w jego oczach, na półuśmieszek, biegający wokół grubych warg.