Ale pusto tu było i tak cicho, że jego wrzask dobiegł nawet do uszu człowieka uciekającego w przeciwną stronę. Ten przyśpieszył kroku, zwolnił dopiero przy końcu, a raczej przy zakręcie ulicy. Tu już były latarnie. Po obu stronach ciągnęły się wysokie drewniane parkany. Zawrócił w pierwszą poprzeczną uliczkę na lewo, przebiegł kilkaset metrów, skręcił w prawo i znalazł się w pustem polu. Nogi grzęzły po kostki w rozmiękłym gruncie kartofliska, od południa ciągnęła cuchnąca woń:

— Zwalne glinianki — skonstatował.

Wiedział już teraz gdzie jest. Jeszcze kilkaset kroków i zatrzymał się na zboczu olbrzymiego zsypiska śmieci. Dopiero teraz zauważył, że wciąż w prawem ręku zaciska kolbę rewolweru, a w lewem trzyma walizkę, porzuconą przez tamtego w willi.

— Poco ja ją wziąłem? — zdziwił się i już zamachnął się, by cisnąć walizkę do glinianki, gdy opamiętał się. — jest lekka, nie utonie i będzie pływała powierzchu. Jawny ślad dla policji, że tędy uciekałem.

Przez chwilę zastanawiał się, czy nie zakopać jej w śmieciach, gdy olśniła go myśl:

— Tam mogą być pieniądze!

Przecie tylko poto poszedł na tę wyprawę, tylko dlatego zdecydował się zostać bandytą. Przecenił swoją odwagę. Nie, nie odwagę, lecz nerwy. Nie mógł strzelić. Pierwszy raz w życiu widział tego łysego faceta, pewno właściciela willi. Nic go ten burżuj nie obchodził. A jednak nie mógł strzelić. Puścił go żywcem, drań narobi alarmu. Zepsuł cały plan, całą wyprawę. Czy tamci zdołają uciec?... Piekutowski może, bo pilnował od kuchni, ale Czarny Kazik i Majster mieli robotę w środku. Teraz pewno już tam jest policja.

— Jeżeli ich złapią — pomyślał — to sypną mnie, jak amen w pacierzu. Popierwsze zechcą się zemścić, że im nawaliłem, a podrugie, cóż ja ich obchodzę. Taki Czarny Kazik widział mnie pierwszy raz w życiu, a Piekutowski i Majster tyle o mnie dbają co o zeszłoroczny śnieg.

Nie uważali nawet za potrzebne wtajemniczyć go we wszystkie szczegóły. Wiedział tyle, że w willi tego Czabana obłowią się, że druty elektryczne i telefoniczne będą przecięte, że w domu będzie tylko jeden mężczyzna i cztery kobiety, bo z drugim mężczyzną, z ogrodnikiem miał się już wcześniej załatwić Piekutowski. A jemu? Jemu kazali pilnować przy małych drzwiach i zastrzelić każdego, ktoby tamtędy próbował uciekać. Do odwrotu miał być gwizdek.

— Gwizdka nie słyszałem — skonstatował — ale strzelali! Musieli tam pozabijać te baby, bo facetowi ja dałem zwiać.