— Bandytą być nie potrafię...
I nagle zastanowił się: a czemże jest teraz, w tej chwili? Nie to ważne, iż jest w posiadaniu cudzych pieniędzy, nie to ważne, że z punktu widzenia prawa i społeczeństwa stał się zbrodniarzem, lecz tylko to, że nic sobie nie ma do wyrzucenia, chyba ową słabość w chwili, gdy należało nacisnąć cyngiel. To ważne, że nie odczuwa najmniejszych wyrzutów sumienia, że — przyłapał siebie na tej myśli — nawet spólników, z którymi dokonał napadu, zamierza oszukać i całą zdobycz zachować dla siebie. Nie przez chciwość, lecz poprostu dlatego, że uważa ich za taki sam objekt do obłupienia, jak i owego właściciela willi.
Zaśmiał się głośno, a jego śmiech zabrzmiał głucho w pustem pudle wywróconej łodzi.
— Jestem wolny — powiedział jeszcze kilka razy — jestem wolny.
Wsłuchiwał się w swój głos z zaciekawieniem, jakby słuchał kogoś obcego i nieznanego.
Potem wyczołgał się, zamknął walizkę, wsunąwszy najpierw gotówkę do kieszeni i odszukał w pobliżu fundamenty po spalonym domu. Na dole w kącie odgarnął gruzy, znalazł drzwiczki pieca, który kiedyś zapewne ogrzewał suterynę i wsunął do środka walizkę. W schowku tym już miał jeden skarb, ukryty tu niedawno. Była to koperta z bardzo cennemi dokumentami szpiegowskiemi. Wysłany przez egzekutywę Partji Komunistycznej na prowincję, miał te papiery przywieźć i oddać. Przywłaszczył je, jednak nie dla zysku. Przecie sam nie wiedział właściwie, co z niemi zrobić. Nie oddał ich towarzyszowi Bigelsteinowi, ani innym z C. K. W., bo przestał w nich wierzyć. Był najlojalniejszym komunistą, póki nie przekonał się, iż góra partji to dranie i pasorzyty nie lepsze od kapitalistycznych łajdaków. Że szeregowi członkowie partji są stadem owiec, tumanionych ideałami komunistycznemi, a przywódcy robią majątki na szpiegostwie i na kradzieży grosza partyjnego. Dlatego nie oddał tej koperty, chociaż wiedział, że naraża się na podejrzenia. W duchu gardził dziś tak samo proletarjatem, jak i burżujami, nienawidził tak samo państwa, jak i komunizmu. Nienawidził ludzi. Jedni wydarli mu chleb i dach nad głową, inni pozbawili go wiary w moralny sens życia: zapluli jego ideały, patrjotyzm, poczucie sprawiedliwości, miłość i ojcostwo, ukochanie biedaków, chęć poświęcenia się — wszystko.
To oni, oni zniszczyli go, wdeptali w błoto, wyzuli z tego w co wierzył, co czcił i co kochał. Zrobili zeń swego wroga. Zapędzili w matnię, jak dzikie zwierzę, by tu poznało, że ma kły i pazury. I zwierzę poznało, że jest drapieżnikiem...
Dniało już, gdy doszedł do śródmieścia. Ulice były puste, deszcz nie przestawał padać. Ubranie przemokło do nitki. O powrocie do mieszkania na Solcu nie mogło być mowy. Jeżeli tamtych nakryli w willi Czabana, mieszkanie pani Koziołkowej już jest obstawione policją. Jeżeli Czarny Kazik, Piekutowski i Majster zdołali zbiec i zatrzeć ślady, to sami natrafią nań teraz. Dostanie kulą w łeb, lub nożem w plecy, zanim zdąży słowo na swoje usprawiedliwienie powiedzieć. Wprawdzie nie mają żadnych dowodów przeciw niemu. Nie wiedzą nic o walizce, ani o tem, że pozwolił uciec owemu łysemu. Jednak już samo to, że nie wytrwał przy drzwiach, że przez to zepsuł im całą robotę, wystarczy takim ludziom, jako uzasadnienie zemsty. Zresztą pewno o wszystkiem dowiedzą się z gazet.
— I ja się dowiem, — zakonkludował, — a wtedy będzie czas pomyśleć, co robić dalej.
Narazie miał tylko jedną i to wcale wygodną kryjówkę: partję. Władze partyjne wprawdzie nie darzą go obecnie przesadną życzliwością, ale wśród szeregowych członków nikt nic nie wie i wiedzieć nie może o tem, że góra ma doń pretensje za niedostarczenie owej szpiegowskiej paczki planów. Znają go, jako jednego z wybitniejszych komunistów, towarzysza Garbatego. I każdy udzieli mu schronienia. Po krótkiem wahaniu, zdecydował się na towarzysza Kuzyka, który miał swój warsztat stolarski przy mieszkaniu, a w warsztacie telefon. Sam nieraz posyłał Kuzykowi do ukrycia różnych ludzi, którzy na kilka dni, czy tygodni, musieli zniknąć z oczu policji. Wygoda u niego była tem większa, że i stróż tej kamienicy należał do partji, a bezpieczeństwo tem pewniejsze, że Kuzyk, z polecenia zwierzchności partyjnej, wstąpił do „Strzelca”, organizacji, mocno popieranej przez państwowe władze bezpieczeństwa, dzięki czemu nikt go nie podejrzewał.