— Też byłbyś smutny. Skąd ja dla was tę forsę wydobędę?

— Weźmiesz od swego Czabana. Nie martw się.

— Niema go w Warszawie.

— No, to pożycz od swoich komunistów — zaśmiał się Piekutowski.

Murek nagle zakaszlał, by ukryć rumieniec, który wystąpił mu na policzki. Słowa Piekutowskiego uprzytomniły mu, że jego sytuacja nie jest jeszcze tak beznadziejna, jak sądził.

Nie rozpogodził się wprawdzie, lecz swobodniej już rozmawiał i pił chętniej.

— No, to stanę na głowie, ale postaram się — powiedział wreszcie. — Gdzie się spotkamy?

— Choćby tutaj.

— Zgoda. O której?

Chcieli wyznaczyć piątą, lecz Murek oburzył się.