— Nie. Nie mają tu żadnego interesu. Zresztą, to pewni ludzie, sami swoi.
— To teraz się prześpię, — ziewnął Murek, — całą noc kluczyłem.
Zasnął natychmiast i chociaż wkrótce w stolarni zaczęła się praca, świszczały heble, warczały piły, stukały młotki, nie obudził się, aż grubo po południu. Żona Kuzyka odgrzała mu obiad: kluski kartoflane na mleku i gryczaną kaszę ze skwarkami. Sama usiadła i przyglądała się z upodobaniem apetytowi Murka.
— Kasza pewno wyschła? — zapytała troskliwie.
— Gdzie tam. Od dawna takiej nie jadłem. A która to może być godzina?
— Może być i ósma — zaśmiała się, — ale jest dopiero czwarta.
— A cóż w warsztacie tak cicho?
— Sobota, fajerant.
— A mąż?
Wzruszyła ramionami: