— Tamci dwaj i ten muszą być z piątki — przemknęło przez głowę Murkowi — czwarty musi stać przed kawiarnią. Ale gdzie Kuzyk?... Może dopiero wejdzie?...

Murek przywitał się z Piekutowskim i z Majstrem. Podali sobie ręce w milczeniu. Usiadł tyłem do wyjścia i rzucił okiem do drugiego pokoju, skąd dochodziły również głosy.

— Coś pan taki blady, panie Murek — zagadnął go ironicznie Majster. — Masz pan jakie zmartwienie?

— Żebyś pan musiał tyle forsy wytrzasnąć, też byłbyś blady.

— Ale jest?

— Jest. Musi być, więc jest. Tylko bądźcie panowie ludźmi. Nie zabierajcie mi wszystkiego. Tę prośbę mam do was. — Mam całe dziesięć, jak obiecałem, ale z głodu zdechnę...

— Zaraz, zaraz — przerwał Piekutowski i zawołał: — Pani Majewska! Proszę tu kropelek. Trzy razy.

Kelnerka przyniosła wódkę, trzy angielki i dwa serdelki. Wypili, przekąsili, poczem Piekutowski zaczął mówić. Czego, jak czego, a tego by Murek miał odwoływać się do ich względności, nie przypuszczał. Jakże to? Okradł ich, oszukał, postąpił jak ostatnia świnia. Widać nie rozumie zupełnie, że za taką rzecz to i śmierci mało. I tak są dla niego za łagodni. Ale żeby wiedział, że oni lepsi od niego, to już niech tam...

— Jak Majster?... Zostawisz mu dwieście fajgli?

Majster spojrzał nań, jak na warjata: