— Nie żyje? — zapytała Arletka.
— Umarł.
— No, to możemy sobie powinszować — uśmiechnęła się.
Wówczas wpadł w gniew:
— Jak ty możesz! Jak możesz tak mówić! To jest nędzne, to jest łajdackie! Przecież to myśmy go wysłali na śmierć, przecież to dla nas...
Urwał, widząc jej zdumienie, i po pauzie dodał:
— A zresztą, na powinszowania zawcześnie. Jeżeli w szpitalu, podczas chwilowej przytomności Kuzyka, była jego żona, lub ktoś z partji, może się to źle skończyć.
— Niczego ci nie udowodnią. Trudno im zresztą przyjdzie poznać cię bez zarostu.
— Zapewne, ale już samo to, że się ogoliłem, wyda się podejrzane. U nich zaś nie trzeba komuś udowodnić winy, by go skazać.
— Więc co? — zmartwiła się. — Możebyśmy wyjechali na jakiś czas?