Na tych rozmyślaniach upłynął Murkowi czas do ósmej, kiedy znowu przyszła doń pani Kuzykowa, z kolacją. Tym razem przyniosła czysty, biały obrus do przykrycia stolika, kółko smażonej kiełbasy na patelni, butelkę czystej, a przytem dwa talerze, dwa noże i dwa widelce.
— Nie chcę tam pana do pokoju, ani do kuchni zapraszać — powiedziała, — bo choć okna przysłonięte, to ludzie lubieją podglądać. A mnie też weselej będzie z panem do towarzystwa.
— A i mnie też! Ale, co za wspaniała kolacja!
— Jaka tam wspaniała. No, wypijem za nasze kawalerskie!
Nalała sporą szklaneczkę po musztardzie i przymrugnąwszy do gościa, wychyliła ją duszkiem:
— W pańskie ręce — nalała drugą i Murek, by dostosować się do jej żartobliwego tonu, powiedział:
— Żeby nasze dzieci bogatych rodziców miały i tramwajów się nie czepiały.
Nauczył się sporo takich powiedzonek, podczas swego dwuletniego bezrobocia, szwendania się po domach noclegowych i szynkach na przedmieściach. Był czas, gdy obawiał się nawet, że trudno mu będzie wyleczyć się z tych argotowych nabytków. Wtedy jeszcze miał nadzieję wrócić do dawnego życia, dostać posadę i ożenić się z Nirą Horzeńską. Aż uśmiechnął się teraz, wspomniawszy te czasy.
— Tak mi potrzebny dziś poprawny język, jak zającowi dzwonek — pomyślał i z satysfakcją powiedział głośno:
— Fajna zagrycha! No, siup, pani Kuzyk! Jeszcze po jednym.