Jej głos przeszedł w jakiś przejmujący szept:
— Czy na zawsze ma być zamknięte dla mnie to, czego nie doceniłam, czy to jest sprawiedliwe odepchnąć mnie brutalnie od brzegu, gdy wołam o ratunek?... Czy nie wolno ci wyciągnąć do mnie ręki, nie dlatego, że na to zasłużyłam, ale dlatego, że ginę!?
Murek zaśmiał się:
— I dlaczegoż to ja, dlaczego właśnie ja mam panią ratować?
— Bo tylko ty możesz.
— Mogę? Pani przecenia moje siły. Nie potrafiłbym się nigdy zdobyć, nigdy, nawet za dawnych czasów, by litować się nad kimś, kto wyrządził mi największą krzywdę. To jedno, a pozatem pani zdaje się nie zastanawiać nad tem, że nic nas już łączyć nie może...
— Jednak... jednak kochał mnie pan kiedyś...
— Panią?... Nie. Kochałem kogoś, kim pani nigdy nie była, kochałem moje wyobrażenia o pani.
— Dziś jestem stokroć bliższa tego wyobrażenia, niż wtedy.
— Po wytarciu kilku setek cudzych łóżek.