Było w jej wzroku i w głosie coś wyzywającego i w Murku nagle zbudziła się świadomość, że ta młoda dziewczyna należy od dziś do niego, że nabył prawa do jej ciała, jej pieszczot, że będzie ją miał. Ba, że to jego obowiązek!

— Cóż za paradoks! — pomyślał.

Niepostrzeżenie wymknęli się z kolumnowej sali i bocznemi drzwiami wyszli do parku. Powietrze ciepłe i parne zapowiadało deszcz. W iluminowanych kolorowemi lampionami alejach raz po raz spotykali flirtujące pary. Z zacienionej ławeczki koło stawu spłoszyli swem przejściem jedną.

Od kasyna do pałacyku, w którym urządzono im mieszkanie, było dość daleko.

— Jesteś bardzo dobry — odezwała się po długiem milczeniu Tunka.

— Dlaczego dobry? — zdziwił się szczerze.

— Bo... mając do wyboru pozostanie na balu i powrót do domu wybrałeś to drugie.

Nic nie odpowiedział, a ona zaśmiała się:

— Jakie to zabawne! Powiedziałam: Powrót do domu. Przecie to nie powrót. Od dziś dopiero będzie to nasz dom... Nasz dom...

— Tak, nasz dom — powtórzył słowa, które były dlań pustym dźwiękiem.