Należało zresztą pomyśleć o takiem, czy innem, urządzeniu się. W tym celu przedewszystkiem udał się pewnego wieczora na ulicę Świętokrzyską, gdzie kupił nowe ubranie, elegancką jesionkę i kapelusz. Zafundował też sobie rogowe okulary, w których wyglądał jak profesor, bo i broda dodawała mu powagi. Do jakiego stopnia się zmienił, miał możność stwierdzić, gdy nos w nos spotkał na ulicy towarzysza Posiadłego, z którym znali się doskonale. Posiadły przeszedł obok niego i wcale go nie poznał.

Próba ta ucieszyła Murka bardzo. Oczywiście, o wykorzystaniu swej metamorfozy zewnętrznej dla ukrycia się przed komunistami, nie można było myśleć poważnie. Wcześniej, czy później, dowiedzą się o tem od Kuzyka, a wówczas ich podejrzenia jeszcze bardziej się ugruntują, i zapadnie wyrok, na którego wykonanie nie trzeba będzie długo czekać. To też Murek postanowił zameldować się w partji. Może nie zrobiłby tego, gdyby mógł odnaleźć Arletkę. Przy jej sprycie dałoby się może coś wykombinować. Wszelkie jednak poszukiwania nie dały pożądanego skutku, a bał się zaryzykować pójścia na Solec i próby nawiązania z nią kontaktu przez dozorcę domu. Wogóle całej tamtej dzielnicy należało unikać.

Narazie rozkoszował się od dawna nieznanym odpoczynkiem i dostatkiem. Czysta bielizna, przyzwoite ubranie, dobre papierosy i możność najadania się dosyta nie były do pogardzenia. Pieniędzy jeszcze miał dużo i narazie mógł się nie kłopotać nietylko o jutro, lecz i o najbliższe miesiące. Jednakże niewyzyskanie tego czasu dla wykombinowania sobie nowego przypływu gotówki, byłoby lekkomyślnością nie do darowania. Im dłużej tedy próżnował, tem natrętniej nawiedzały go różne pomysły. Najprostszym i najłatwiejszym byłoby rabowanie. Dość jest w Warszawie ciemnych ulic i samotnych przechodniów, by, mając w ręku rewolwer, zapewnić sobie możliwe dochody. O rabowaniu na większą skalę, o włamaniach i napadach bandyckich, nie chciał nawet myśleć. Po pierwsze, wymagało to, bądź co bądź, fachowej wiedzy i wprawy, a po drugie współdziałania z kilkoma specjalistami. Natomiast pierwszy sposób Murek postanowił wypróbować. Nie tyle sposób, ile siebie.

W tym celu upatrzył małą pustą uliczkę Szkolną, w samem śródmieściu. Po północy zdarzało się, że w ciągu pół godziny nie było tam ani jednego przechodnia, zaś najbliższe posterunki policyjne znajdowały się w dostatecznej odległości.

Pewnego dżdżystego wieczoru, nacisnąwszy kapelusz na oczy i z podniesionym kołnierzem palta, zaczaił się w bramie, mniejwięcej w środku ulicy. Wyglądał, jak ktoś, oczekujący na otwarcie bramy. Najpierw do kamienicy, naprzeciwko, podjechała taksówka i wysiadło z niej kilka osób, później przeszła pod parasolem jakaś roześmiana parka. Zbliżała się już północ, gdy w wylocie ulicy zobaczył grubą, okrągłą sylwetkę otyłego jegomościa.

— Dobry — pomyślał.

Jegomość szedł wolno, sapiąc i mrucząc coś pod nosem. Aż przysiadł, gdy Murek niespodziewanie zagrodził mu drogę.

— Ręce do góry! — zawołał Murek, wydobywając z siebie najgroźniejszy ton, na jaki umiał się zdobyć i opierając lufę rewolweru o pierś grubasa.

Nie mógł widzieć w ciemności jego twarzy, lecz przerażenie napadniętego i tak było dość wymowne.

— Co to? Co to? — zajęczał, konwulsyjnie wymachując podniesionemi rękami.