— Zanudzam pana temi zwierzeniami, ale ja chciałabym, by pan nazbyt surowo i mnie nie sądził...

— I cóż dalej? — zapytał Murek.

— Dalej?... Po pewnym czasie przekonałam się, że zostanę matką. Nie powiedziałam o tem Tomkowi. A nie powiedziałam dlatego, że we wrześniu miał się odbyć nasz ślub. Tymczasem Tomasz poznał pewną kobietę.

— Aha!

— Była trochę starsza od niego i dość ładna, chociaż nie w jego typie. On uznawał tylko blondynki. Miała jednak inne zalety. Przedewszystkiem pokochała go szczerze, podrugie była niezależna i bardzo bogata, a najważniejsze, że znała się na muzyce, że w świecie muzycznym rozporządzała ogromnemi stosunkami, że mogła Tomkowi otworzyć drzwi do najświetniejszej karjery... Jakże miałam postąpić? Czy mogłam stanąć na drodze i zagrodzić mu sobą drogę do sławy, do powodzenia, do wszystkiego tego, co jest najwyższem szczęściem każdego artysty? Wprawdzie w chwili słabości, podrażniona zazdrością i egoistyczną ambicją, niepotrzebnie powiedziałam Tomkowi, że zostanę matką jego dziecka, ale później sama żałowałam tego sobkostwa i zdołałam przekonać go, że powinien pójść za tamtą.

— A on nie chciał — z ironją mówił Murek, — on bronił się rękami i nogami...

Mika poczerwieniała:

— W każdym razie gotów był zostać ze mną.

— Gotów był!... Aż tyle?...

— Pan, panie Franku, nie wie, co to jest perspektywa sławy dla artysty. Przyznaję, że Tomek nie postąpił może szlachetnie, że nie zdobył się na ofiarę ze swej karjery, ale jest przecie tylko człowiekiem, a czyż można od człowieka wymagać tak wiele? Niech pan sam powie?