Gdy podniósł się, było całkiem jasno na świecie. Przez uchylone wierzeje nisko stojące słońce wciskało się jaskrawym snopem promieni. Dwa wróble ćwierkając kręciły się po klepisku. Spłoszył je, gdy zbliżył się do drzwi. Z tamtej strony było mroźno, cicho i biało. Tak biało, że oczy ślepły.
Odwrócił się i rozejrzał: u góry słomiane poszycie na cienkich krokwiach, niżej grube belki poprzeczne. Pomału zbliżył się do wozu. Znalazł to, czego szukał. Trudno było sznur odwiązać, bo zamarzł, ale zamróz puszczał zwolna pod dotykiem gorących dłoni. Nie było tego wiele. W sam raz, by przerzucić przez belkę i pętlę przełożyć.
Głośno zatrzeszczały zmarznięte deski wozu pod ciężarem. Gdy już stał pewnie, nie śpiesząc się sięgnął po zwisającą pętlę i zacisnął ją lekko na szyi. A wtedy odepchnął się nogami i skoczył.
Sznur naprężył się i zatrzeszczał. Nogi jednak nie sięgnęły klepiska. Brakowało nie dużo. Może ćwierć łokcia. Ale to wystarczyło, by już nigdy chodzić po ziemi nie mogły.
*
Miało się już ku wieczorowi, gdy gospodarz Jan Sobczak przyszedł do stodoły narżnąć sieczki i znalazł wisielca. Najpierw splunął, potem przeżegnał się, a potem pobiegł po swoją babę, by uradziła, co z takiem zdarzeniem zrobić.
I uradzili: tajemnicę zachować, policji ani sołtysowi nie meldować, kłopotów na swoją głowę nie napytywać.
Gdy się zmierzchło, wziął Jan Sobczak na ramię sztywny ciężar i ruszył do Wisły. Blisko było, nawet się nie zmęczył. A tam z wysokiego brzegu ciężar do wody zrzucił.
Gęsto płynęła kra i trup zaraz pod nią się zanurzył. Jan Sobczak zdjął czapkę i szeptem powiedział:
— Wieczne odpoczywanie racz mu dać Panie...