Nazajutrz nie przyszła, natomiast około godziny szóstej popołudniu zatelefonowała:

— Czy to pan, panie Franku — odezwała się nieswoim jakby i nienaturalnym głosem. — Dobrze, że pan czekał na mój telefon. Niech pan koniecznie zaraz przyjdzie z tą walizką na umówione miejsce... Dobrze?... No, to doskonale.

Położyła słuchawkę, zostawiając Murka w osłupieniu.

Przeczuwał, że musi to mieć jakiś związek z Czarnym Kazikiem. Zaniepokoił się jednak tem, że Arletka doń dzwoniła. Na wszelki wypadek, wróciwszy do swego pokoju, chciał wziąć rewolwer do kieszeni.

W szufladzie jednak rewolweru nie było.

Tymczasem Arletka mówiła do Kazika:

— No widzisz! kiedy ja coś zrobię, to jest zawsze zrobione na mur.

Spojrzał na nią z pod przymrużonych powiek:

— Jeszcze nie wiadomo, czy przyjdzie — odburknął.

— Napewno — zaśmiała się przymilnie. — Przecież mamy razem uciekać do Gdańska.