Arletka była o tyle przezorna, że nie chciała Walaska sprowadzać na Jasną. Spotkała się z nim w małej restauracyjce na Starem Mieście i tam wyznaczyli sobie stały punkt spotkań. Natychmiast też puścili w ruch sprawę prezesowej Holbeinowej, dlatego, że była to sprawa łatwiejsza od innych. Holbeinowa była osobą systematyczną i odwiedzała swego amanta dwa razy tygodniowo, zawsze o godzinie szóstej. Jej mąż bowiem poświęcał te właśnie wieczory swojej stałej partji bridża. Adres amanta, porucznika Żuczka, figurował w kartotece Murka, pozostawało zatem tylko znaleźć w jego mieszkaniu jakiś list Holbeinowej lub jej fotografję z dedykacją. To zadanie nie przerastało zdolności Walaska. W ciągu tygodnia nawiązał on przyjacielskie stosunki z ordynansem porucznika, czego owocem była spora paczka bilecików pani prezesowej.
Nie bez tremy Murek odczytywał jej nazajutrz przez telefon niedwuznaczne teksty z tych pachnących kartek. Baba była przerażona i oświadczyła gotowość spotkania się na mieście i wykupienia tych rzeczy. Zgodziła się jednak załatwić to przez posłańca.
— Jeżeli jednak — zagroził na zakończenie Murek — szanowna pani prezesowa nie przyniesie mi w kopercie owych pięciuset złotych, proszę się strzec. Oddaję pani uczciwie wszystko, co posiadam, ale nie radzę żadnych wybiegów.
— Jest pan łotrem i szantażystą — odpowiedziała Holbeinowa — i choćby dlatego, żeby nie mieć przykrości powtórnej rozmowy z panem, zapłacę całe pięćset.
— Za owego „łotra” zapłaci pani o sto złotych więcej. Takie okrągłe słówko warte tyle? Chyba, że szanowna pani prezesowa zgodzi się na rewanż z mojej strony.
— Jakto rewanż?
— Zwyczajny. Łotr powie pani, że szanowna pani prezesowa jest...
Tu z naciskiem i rozdzielając sylaby, zakończył mocnem, obelżywem słowem.
Rzuciła słuchawkę, lecz w pół godziny później, Arletka czekająca przy rogu ulicy na powrót posłańca, otrzymała odeń kopertę z pieniędzmi.
Dla uczczenia tak poważnego wpływu, Murek z Arletką spędzili ten wieczór w dobrej restauracji. Pozwolili sobie na taką ekstrawagancję wyjątkowo, gdyż naogół nie pokazywali się nigdy razem, w swoim własnym, dobrze zrozumianym, interesie.