Spokojny dotychczas Czaban nie mógł ukryć podniecenia. Nerwowo wyjął ciężką złotą papierośnicę i już chciał zapalić, gdy Murek powstrzymał go:

— Niech pan tego nie robi. To może zaszkodzić.

I rzeczywiście mogłoby zaszkodzić, gdyż błyśnięcie w ciemności zapałki mogłoby ściągnąć kogoś znajdującego się w pobliżu. Po krótkim odpoczynku rozpoczęli poszukiwania. Łażąc po rumowisku, potykając się i zawadzając o nierówności terenu, obeszli całe ruiny, Murek z różdżką na przodzie, Czaban zlekka sapiąc za nim.

Wreszcie Murek stanął nad kupą pokruszonych ciegieł i chwycił towarzysza za ramię, sycząc przez zęby:

— Musi tu być.

— Szukajmy — gorączkowo szepnął Czaban — szkoda psiakrew, żeśmy nie wzięli łopaty...

Nie namyślając się długo, zaczął odrzucać na bok cegły. Po chwili błysnęły w dole białe kafle.

— Piec! — tryumfalnie sapnął Czaban.

Teraz i Murek zaczął mu pomagać. Po chwili dokopali się do drzwiczek. Czaban otworzył je i wsunął dłoń do środka:

— Jest! — zawołał tak głośno, aż Murek odskoczył, poczem wyciągnął walizkę. Teraz już nic nie mogło go powstrzymać od zajrzenia da środka. Ponieważ zaś przekonał się, że pełna była grubszych szeleszczących papierów, zerwał się i chwycił Murka w objęcia z niezwykłym entuzjazmem, wołając: