Szofer stał przy drzwiczkach samochodu. Kołysząc się wygodnie w wielkiej limuzynie Murek z uśmiechem myślał, że niespełna rok temu opuszczał tę willę w znacznie mniej wytworny sposób.

Arletkę wiadomość o pomyślnem zakończeniu przedsięwzięcia wprawiła w istny szał radości. Wyskoczyła z wanny naga, mokra, pryskając kroplami wody na wszystkie strony, tańczyła po pokoju jak warjatka. Wyglądała przytem tak młodo, świeżo i dziecinnie, miała w ruchach tyle wdzięku i temperamentu, a w błyszczących oczach tyle śmiechu i radości, że Murek przyglądał się jej jak urzeczony. Trudno mu było utożsamić tę Arletkę z dobrze sobie znaną cyniczną, niemal oschłą dziewczyną, która potrafiła z zimną krwią zabić człowieka, mozolnie i zawzięcie przygotowywać szantaże, z ołówkiem w ręku kalkulować każde swoje jutro i pojutrze.

Nie martwił się bynajmniej tą zmianą. Tamtą Arletkę może lubił, napewno jej pożądał, ale i bał się jej zawsze. Bał się, chociaż nie był tchórzem. Czuł się w stosunku do niej, jakby w stanie ustawicznego pogotowia, oczekując wszelkich możliwych niebezpieczeństw. Z jednej strony działało to silnie na jego zmysły, z drugiej jednak z czasem stawało się nużące.

Wieść o tem, że są teraz zamożni, że będą mieli dwadzieścia tysięcy i z samych procentów około pół tysiąca miesięcznie, wywarła na nią zdumiewający wpływ. Wbrew codziennemu zwyczajowi nazajutrz leżała do południa w łóżku, zobojętniała nagle na rozpoczęte, a dobrze zapowiadające się sprawy, nie poszła na miasto, wysłała Murka po prowianty, upominając się kapryśnym głosikiem, by przyniósł coś smacznego.

Murka bawiła, cieszyła, lecz i niepokoiła ta zmiana, tembardziej, że nie miał jeszcze w ręku owych pieniędzy i że w gruncie rzeczy Czaban mógłby nie dać ani grosza, a nawet się nie pokazać.

Gdy minęła piąta, szósta, pół do siódmej, a Czaban się nie zjawiał, Murek zaczął wyglądać przez okno. Minęła jednak jeszcze godzina, pełna zniecierpliwienia i planów zemsty na Czabanie, kiedy wreszcie on sam się zjawił, a raczej wpadł hałaśliwy, uśmiechnięty, jędrny i różowy, kręcąc się po pokoju jak bąk, poklepując Murka po ramieniu i zasypując go krótkiemi zdaniami, gęsto przetykanemi pytającem „a”.

Na Murka dziwnie ożywiająco działał temperament Czabana, promieniejąca zeń radość życia i pewność siebie. Rozchmurzył się też i rozruszał. Obojętnie przyjął do wiadomości, że narazie otrzyma mniej o pięć tysięcy, na które będzie musiał poczekać parę dni. Natomiast już w zupełnie dobry humor wprawił go widok banknotów, które paczka po paczce przewędrowały z pugilaresu Czabana przez biurko do szuflady. Dla porządku chciał wystawić pokwitowanie, lecz Czaban roześmiał się:

— Do djabła z pokwitowaniami, jeżeli będziemy na takie głupstwa tracić czas, to lepiej się powiesić. Nu, ale teraz ubieraj się pan, panie mistrzu, jedziemy na wódkę.

— O, doprawdy... — zaczął Murek, lecz Czaban nie dał mu dojść do słowa:

— Żadnego gadania. Szlag mnie trafi, jeżeli z panem nie wypiję. Bierz pan swoje sakpalto, kapelusz, laskę... Masz pan laskę?... — mówiąc to otworzył drzwi do przedpokoju i podał kolejno Murkowi kapelusz i palto, w poszukiwaniu laski zajrzał nawet za szafę i już dodał: