— Mamo, ktoś stuka od frontu — zawołała Tunka.

— To pewno ten monter, ale czemuż nie dzwoni?

— Idjotka — pomyślał pan Żołnasiewicz — przecież dzwonki nieczynne.

Słyszał, jak pokojówka Walercia, przebiegła do przedpokoju i swoim kokieteryjnym głosikiem dopytywała się, kto tam? Jak otwierała zasuwy i rygle.

I nagle przeszył powietrze jej ostry krzyk:

— Jezu!...

Jednocześnie zaszomotało się coś gwałtownie i czyjś męski ochrypły głos wrzasnął:

— Ręce do góry! Stać, bo strzelę!

Pan Żołnasiewicz zerwał się, jednym susem dopadł drzwi, zatrzasnął je i przekręcił klucz w zamku.

— Bandyci! — przemknęło mu przez głowę i w jednej sekundzie zorjentował się, że pozostaje mu jedyna droga ucieczki przez sypialnię, sionkę i boczne małe drzwi, a potem przez ogród i na puste tereny przy ulicy Morskiej.