Rozdział III

Wraz z przeprowadzeniem się do nowego mieszkania, znacznie obszerniejszego i wcale eleganckiego, chociaż mieszczącego się na tejże klatce schodowej, Murek podniósł swoją taksę. Klientelę przyjmował teraz między jedenastą rano, a drugą popołudniu. Wieczory wymówiła sobie Arletka i spędzali je razem prawie codzień. Dziewczyna pod wpływem dobrobytu i ustania trosk dawniejszych zdawała się kwitnąć. Od rana Murek słyszał jej śpiew, niezwykle miły głos: niski i ciepły, od rana przyglądał się jej roześmianym oczom i jej urodzie, którą wciąż nie mógł się nasycić. Kiedy mówił jej:

— Aż dziw, jak mi z tobą dobrze — nietylko nie było w tem przesady, lecz raczej zbytnia powściągliwość w ocenie własnych uczuć.

Jego życie nabrało przecież w końcu jakiegoś rytmu stałego, zakotwiczyło się, weszło na jakiś tor. Zapewne inaczej to sobie kiedyś wyobrażał dawny Murek, ale przecież i to było dużo, bardzo dużo, znacznie więcej niż mógł się spodziewać. Jeżeli dawniej nie wierzył w miłość Arletki, a później nie oceniał dość poważnie tej miłości, to teraz w każdym dniu i o każdej godzinie miał tyle jej świadectw, że otaczała go zewsząd jakby ciepłą różową mgłą, z której niepodobna było i z której nie chciał się uwolnić.

Co prawda od czasu do czasu ogarniał go nagle niepokój. Niewiadomo skąd cisnęły się pytania, czy to, co od Arletki otrzymuje i to, czem jej się wypłaca nie jest jakąś przebiegłą komedją, ułożoną i wyreżyserowaną przez strach obejrzenia się w przeszłość, przez zawzięte pragnienie wykreślenia z pamięci dawnych ideałów, wierzeń, nadziei? Czy nie było to wielkie i bolesne oszustwo, którem każde z nich, siebie i drugiego chciało otumanić, każde z nich, z pary rozbitków, którzy wpatrują się w swoje oczy dlatego tylko, by nie odwrócić głowy i nie zobaczyć, że otacza ich przepaść i pustka...

Jakże często Murek łapał siebie na dziecinnych spekulacjach myślowych, w których chciał znaleźć ten pas ratunkowy dla siebie i dla niej, lecz przedewszystkiem dla siebie: odrobinę szacunku. Nie chciał szanować siebie. Z tą ambicją rozstał się już dawno. Ale czemuż nie mógł szanować jej, czemu ze wstydem musiałby opuścić głowę, gdyby na Arletkę posypały się kamienie oskarżeń i potępienia... Jakże tragicznie tajało i nikło mu w rękach to, co pragnąłby dzisiaj nazwać swem szczęściem, jakże kurczyło się i więdło pod tchnieniem nieubłaganej świadomości, że dla ludzi, że dla świata ta jego Arletka jest i pozostanie na zawsze wyklętą zbrodniarką, czemś złem, czemś brudnem, czemś, czego nawet pokuta odkupić nie potrafi.

I wówczas budził się w nim bunt, wzrastała wściekła zapieniona nienawiść do ludzkości, której brud, fałsz i nędzę moralną tak dobrze przecie poznał, a która z jakąś niesamowitą cyniczną obłudą wciąż zakrywa własną brzydotę nakazami etycznemi, wzniosłemi prawami i dogmatami, przed któremi pada na twarz i bije czołem publicznie poto, by pocichu i pod osłoną tych właśnie bożków uprawiać swoją codzienną podłość.

Z nienawiści tej rodziła się żądza zemsty. I wówczas mścił się na tych, których najłatwiej mógł dosięgnąć, na ludziach figurujących w jego kartotece. Rozsyłał anonimy, telefonował, donosił, wiedząc, że łamie życie, że za każdym razem odsłania obłudne maski, by jaknajszerzej widziano, ile podskórnego brudu jest pod ich oficjalną moralnością, by świat mógł się przejrzeć w mętnej kałuży swojej rzeczywistości.

Bo jakże miał walczyć o nią, o Arletkę, jak o swoje prawo do szczęścia? Gdyby był szatanem i mógł im wszystkim pootwierać piersi, w których wyschłe i samolubne biły serca, gdyby mógł otwierać czaszki pełne zaczajonych niewylęgłych zbrodni i tchórzliwych podłości!... Między taki tłum mógłby wejść z podniesioną głową, mógłby przyprowadzić mu Arletkę i zapytać:

— Kto z was śmie na nią rzucić kamieniem?...