Przedkładał507, tłumaczył, namawiał, dowodził, że to niepatriotycznie, że dymisja ta wywoła popłoch w sferach gospodarczych, że zrodzą się niebezpieczne dla państwa wstrząsy natury politycznej, że może doprowadzić do rozłamów, które zachwieją gabinet. Apelował dalej do Dyzmy, jako do przyjaciela, który nie powinien jemu, Jaszuńskiemu, i innym podstawiać nogi.

Dyzma nie zdążył jeszcze nic powiedzieć, gdy zameldowano ministra skarbu, tuż po nim przybył poseł Lewandowski, pułkownik Wareda, wiceminister Ulanicki; prezes Hirszman i książę Roztocki. Jednocześnie odezwał się telefon: prezesa Dyzmę wzywano do Zamku na godzinę piątą.

Zmobilizowano wszystkich, by odwieść Nikodema od zamiaru ustąpienia. Za tę cenę godzono się nawet na zanulowanie uchwały komitetu ekonomicznego, lecz Dyzma był niewzruszony.

— Nigdy swoich postanowień nie zmieniam.

W poczekalni zebrał się tłum dziennikarzy. Wyszedł do nich chwilę i powiedział:

— Chcecie, panowie, wiedzieć, co jest? Otóż tak, podałem się do dymisji.

— A z jakich powodów, panie prezesie?

— Z powodów osobistych. To wszystko, co mogę panom powiedzieć.

— Czy postanowienie pana prezesa jest nieodwołalne?

— Marmur, żelazo, beton!