Walentowa skończyła obieranie kartofli i, stawiając sagan17 na ogniu, zaczęła:

— Bo tu, w Warszawie, to i ludzie inne, a i pracy brak. Mój, niby, to tylko trzy dni w tygodniu robi, ledwie na żarcie starczy, a ichny derektur, znaczy się ten Purmanter, czy jak tam mu, to powiada, że może i całkiem fabrykę zamkną, bo odbytu ni ma. A i tak, żeby nie Mańka, to nie byłoby czym komornego opłacić. Zapracowuje się dziewczyna, a i to nic. Jak gościa ze dwa razy na tydzień nie złapie...

— Niech uważa — przerwał Dyzma — bo jak ją złapią, że bez książeczki18... No!

Walentowa przewinęła dziecko i rozwiesiła nad płytą mokrą pieluszkę.

— Co pan kracze! — rzuciła opryskliwym głosem. — Pilnuj pan siebie. I tak już za trzy tygodnie nie płaci, a tylko miejsce zajmuje. Ważny mi sublikator19.

— Zapłacę — bąknął Dyzma.

— Zapłacisz pan albo nie. A piętnaście złotych to i tak pół darmo, ale piechotą nie chodzą. A pan co do jakiej roboty się weźmie, to i zara wyleją...

— Któż to taki pani Walentowej powiedział?

— O, wa, wielka tajemnica. Toć pan sam Mańce opowiadał.

Zaległa cisza.