— Czuje się nieźle, biedactwo, tylko nudzi się. Jeżeli pan nie boi się grypy... może by pan przyjechał trochę ją rozerwać?

— Ja? Wcale się nie boję, proszę pani! Jeżeli tylko pani pozwoli, a pannie Lusi nie sprawię tym przykrości, przyjadę natychmiast.

— Wprost przeciwnie — zaśmiała się pani Szczerkowska — nie sprawi pan Lusi przykrości. Nie sądzę, by prosiła mnie o zatelefonowanie do pana w celu samoudręczenia.

— Ach, proszę pani, w tej chwili będę!

— Ale może odrywam pana od pracy?

— Bynajmniej, broń Boże, skądże. Już jadę.

— Zatem czekamy.

W ciągu pięciu minut Józef przebrał się, posławszy Piotra po taksówkę.

— Kochana — powtarzał — pamięta o mnie!

Nie mógł doczekać się Piotra i zbiegł na ulicę właśnie w chwili, gdy staruszek zajeżdżał rozklekotanym fordem. Domaszko nie zwrócił na to uwagi.