Józef wyobraził sobie wielki rozkopany grób i siebie z wielkim batem w ręku, wpędzającego zapłakane matczysko do tegoż grobu.

Zrobiło mu się przykro. Zrobiło mu się boleśnie. Przed oczyma stanęła perspektywa najbliższych dni, wakacji i lata, cierpienia matki, tej kochanej matki, która sobie wymarzyła, że on, jej syn, zostanie lekarzem...

Tymczasem pani Domaszkowa ze spieczonym od amoniaku nosem odzyskała przytomność i znowu dostała spazmów.

Józef załamał z rozpaczy ręce:

— Nie mogę dłużej, nie mogę...

Wypadł z sypialni i z płaczem ukląkł przy kozetce:

— Uspokój się, mamusiu, uspokój się — błagał.

— Po cóż ja ciebie urodziiiłam!... Ach! Ach! Ach! Po co ja takiej chwili dożyłam! Ach! Ach! Ach!...

— Ależ mateczko...

— Własną piersią wykarmiłam! Ach! Ach! Ach!