Przed bramą stał wspaniały powóz, zaprzężony w parę kasztanów, ze stangretem i lokajem na koźle.

— Źle wybraliśmy godzinę — westchnęła pani Domaszkowa — pan Cezary pewno nie będzie miał czasu nas przyjąć.

— A może właśnie wrócił? — zauważył Józef.

Weszli na pierwsze piętro. Chłód marmurowej sieni i kolorowe szyby okien klatki schodowej robiły wrażenie dostojne, niemal kościelne. Wielkie białe posągi na podestach potęgowały je jeszcze bardziej.

Na pierwszym piętrze stanęli przed wysokimi lśniącymi drzwiami. Pani Domaszkowa szeptem upominała syna, by bardzo dziękował, by pocałował stryja w rękę, by tylko Boże broń nie wspomniał o swoim ojcu, bo pan Cezary nie znosił nieboszczyka, nazywając go lekkoduchem i abnegatem.

Józef z nabożeństwem nacisnął wreszcie guzik dzwonka elektrycznego.

Po chwili drzwi uchyliły się i na progu stanął staruszek w liberii.

— Dzień dobry, dzień dobry, kochany panie Piotrze — zawołała pani Domaszkowa.

— A, to pani, a i kawaler? Proszę, proszę, moje uszanowanie.

Weszli do ogromnego przedpokoju. Otwarte drzwi odsłaniały niekończącą się amfiladę salonów.