— Świetnie.
— Rzeczywiście szanowny pan jeździ wybornie — przyznał Józef.
Stary, kontent z siebie, poklepał ogiera po lśniącej, spiętej w łuk szyi i zakomenderował:
— Kłusa!
Józef jechał ostatni, mając za sobą tylko stajennego, i podziwiał dwie stylowe sylwetki: starca z rozwianą mleczną brodą i smukłą, chłopaczkowatą Lusię, trzymającą się w siodle co prawda może niezbyt pewnie, lecz z takim wdziękiem, że widok ten wart był pędzla... (nie mógł sobie przypomnieć, który to malarz malował amazonki) pędzla... no, słowem, najlepszego pędzla.
Po paru kilometrach pan Jarzębowicz przeszedł w galop i znacznie się od nich odsadził, gdyż Józef zaczął błagać Lusię, by nie szła za przykładem wuja. Po trosze i sam nie był zbytnio pewien siebie. Od lat nie jeździł konno z braku sposobności.
Gdy połączyli się na rozstaju, Lusia zasypała pana Jarzębowicza nowymi komplementami:
— Wyglądał wujaszek w tym galopie jak prawdziwy centaur. Przecież wujaszek mógłby być dżokejem!
— No, jeszcze niejednego młodziaka przeskoczę — mruczał z zadowoleniem — i na koniu hm... i bez konia...
Tu zrobił do Józefa porozumiewawcze „oko”, trochę figlarne i dające do zrozumienia, że mówi o „przeskakiwaniu” właśnie takich, jak Józef.