Klęczeli oboje i oboje płakali.
Może te łzy, co spadały z ich oczu, wsiąkając w ziemię, połączą się ze szczątkami tych, których kochali...
Cisza była dokoła wielka i spokój letniego pogodnego dnia przecięty na czworo czarnymi ramionami krzyża.
Spojrzeli na siebie i jeszcze bardziej się rozrzewnili, a piersią Lusi wstrząsnęło łkanie.
Przytuliła się do Józefa, a on ją pieczołowicie objął ramieniem i tak trwali w bezruchu bardzo smutni i bardzo szczęśliwi.
Gdy wreszcie się podnieśli, usta ich spotkały się w tkliwym, bezgrzesznym (a nawet świętym!) pocałunku. Józef doskonale to odczuwał i postanowił napisać wiersz, w którym zamknie niezapomniane wrażenie przeżytej chwili. Wiersz musi zaczynać się od słów:
„Są pocałunki, co swym sakramentem...”
To będzie bardzo dobre i o rym nietrudno: — skrętem, talentem, świętym, prętem, wykrętem... Obejdzie się bez „wykrętu”, i tak rymów jest dość.
— Nie pójdziemy jeszcze do nich — powiedziała Lusia — chodźmy obejrzeć stawy... Mój Boże...
— Chodźmy, tylko musimy je obejść, bo tu, widzi pani, druty kolczaste.