„Przecież ona zadzwoni, przecież powinna zadzwonić” — wmawiał sobie.

Lecz telefon milczał wciąż jak zaklęty. Żeby chociaż ktoś ze znajomych zatelefonował. Ale nie, powymierali wszyscy, czy co? Nagle uświadomił sobie, że przecie wszyscy są przekonani, że on teraz odbywa swą podróż poślubną, że oboje z Lusią rozkoszują się widokami Alp...

— A tymczasem ja siedzę tu jak kleks na papierze i gryzę się. A Lusia...

Biedna Lusia, i ona zamiast pięknej podróży musi siedzieć przy chorej, zmęczona... Dzięki Bogu, że chociaż się wyspała! Może nawet nie ma czasu zatelefonować do niego, do męża... A on tak się zawziął na to biedactwo. Do knajpy chciał iść!

„Rzeczywiście jestem egoistą i to w najgorszym gatunku”.

Zerwał się i pojechał na Wilczą.

Na jego spotkanie wybiegła Lusia. Była wesoła i uśmiechnięta.

— Jesteś nareszcie! — zawołała. — Nie mogłam się doczekać. Jestem bardzo głodna.

— Czekałaś, kochanie, z obiadem? — spytał wzruszony.

— Tak, naturalnie!