Już tulił ukochaną żonę do piersi tradycyjnie wezbranej, gdy spotkał się z opozycją.

— Nie, nie... Józku, nie... ja się wstydzę... nie...

— Ależ, moje kochanie...

— Nie, nie...

Opamiętał się: — trzeba być delikatnym. Nie należy zachowywać się wobec takiej subtelnej istoty jak Lusia w sposób brutalny. Z czasem przyzwyczai się.

W myśl tej refleksji zwinął szyki i gotował się do odwrotu, gdy niespodziewanie odczuł wyraźną niechęć ramion Lusi do wypuszczenia jego szyi.

Sytuacja stawała się dlań wysoce trudna i skomplikowana. Aksamitne rączki przytrzymywały go, zdradzając wybitną różnicę zdań z rozpalonymi usteczkami, które tuż przy jego uchu z bezwzględnym uporem powtarzały:

— Nie, nie, nie...

„Więc tak, czy nie?” — tłukło mu się w mózgu iście hamletowskie pytanie.

Sprawę rozstrzygnęło to, że rączki Lusi były wytrwalsze niż jej usta, które po pewnym czasie umilkły.