Hanka po dawnemu szyje dla państwa Hejbowskich... Biedna Hanka jest starą panną i wuj Mieczysław powiada, że dlatego jest histeryczką. Józef bardzo kochał Hankę i zawsze próbował stawać w jej obronie, zawszeć to siostra...
Najobrzydliwsza była Lusia. Dokuczała i Hance, i Józefowi. Taka smarkata. Obiłby ją z przyjemnością, ale przecież nie mógł. Ale nigdy jej nie powiedział „panienko”, wolał unikać spotkania z nią, co zresztą nie było trudne: park, ogrody, wreszcie las.
Zajrzał do przedziału. Pani Domaszkowa rozmawiała z jakimiś dwiema paniami i częstowała je kurczętami i jajami na twardo, które wydobyła z walizki.
Józef czym prędzej uciekł. Nie cierpiał kurcząt z walizki i jaj na twardo.
Trzeba uczyć się mówić po francusku. Gdyby nie ta obrzydliwa Lusia, może pani Hejbowska pozwoliłaby mu konwersować z boną?...
Wyobrażał sobie, jaką sensację wywoła w Terkaczach to, że on jedzie na uniwersytet do samego Paryża!
Pani Hejbowska tylko raz w życiu była w Paryżu, a pan Hejbowski ani razu. Przed paru laty jeździł wprawdzie do Berlina, ale co Berlin — to nie Paryż.
Tylko na miły Bóg, żeby mama nic nie mówiła państwu Hejbowskim o tym Słowackim i o tym, że on, Józef, ma kształcić się na literata!
To dopiero wyśmieliby go.
Pociąg zbliżał się do Koluszek. Pani Domaszkowa z wielkim rwetesem zaczęła się pakować i ledwie zdążyła na czas. Postój w Koluszkach trwał tylko dziesięć minut i można było przez nieuwagę przejechać dalej.