Usadowił go tym razem w dużym salonie, gdzie na stołach leżało dużo pięknie oprawnych książek:

— Proszę tu sobie pooglądać... a tego może na ten przykład herbatki?

Józef podziękował i zostawszy sam, zabrał się do najbliższego tomu. Była to historia malarstwa angielskiego w języku francuskim, drukowana w Lipsku. Dojeżdżał już do końca, gdy niemal z wybiciem godziny ósmej powrócił stryj.

Powitał Józefa prawie serdecznie, poklepał go po ramieniu i pochwalił za to, że ten przyjechał.

— Jestem zadowolony — powiedział, sadowiąc się na kanapie i naciskając guzik dzwonka — że wykazałeś dość zmysłu orientacyjnego. Idą wypadki ważkie, historyczne przemiany... Piotrze — zwrócił się do kamerdynera — podawaj kolację. Panicz też będzie jadł ze mną.

Panicz! Słowo to zabrzmiało w uszach Józefa triumfalną fanfarą. Panicz! Kolacja ze stryjem Cezarym, z tym groźnym panem Cezarym też była awansem nie lada, ale ten tytuł właśnie wywołał na twarzy chłopca purpurowy rumieniec.

— Cóż robiłeś na wsi? — zapytał łaskawie stryj.

— Wprawiałem się, proszę stryjaszka, w konwersację francuską.

— To dobrze — starszy pan majestatycznie pogładził brodę — to nigdy nie zawadzi, chociaż doraźnie nie staje się koniecznością. Oczywiście, o wyjeździe do Paryża mowy być nie może. Przynajmniej w najbliższych kilku lub kilkunastu miesiącach.

— Tak jest, stryjaszku, tylko mama się bała...