Umiarkowana i ostrożna ocena ludzi i sytuacji bardzo się podobała panu Cezaremu. On sam nie zapytał ani razu o kwestie polityczne, wymijając je świadomie.

Józef w tym większym był kłopocie, że przecież głównym celem jego podróży było zasięgnięcie rady stryja, jak ma postąpić wobec tworzenia się armii polskiej.

Z gazet, których tu było zatrzęsienie, dowiedział się, że pod Briańskiem stoi już niemal pełna dywizja polska, że w okolicach Mohylewa organizują się dwie inne.

Kilka razy wyszedł na miasto, lecz nikogo ze znajomych, których mógłby się poradzić, nie zastał. Jedni wyjechali, inni całymi dniami brali udział w jakichś posiedzeniach i komitetach.

Urlop mijał. Józef wprawdzie zaproponował stryjowi, że będzie starał się w centrali Ziemskiego Sojuza o prolongatę, lecz pan Cezary stanowczo zabronił:

— Obowiązek na pierwszym miejscu — powiedział — tam jesteś potrzebny, a mnie nic pomóc nie możesz. Jedź.

W sobotę wieczorem, zaopatrzony w gotówkę i w błogosławieństwo stryja, Józef wyjechał.

W wagonie przeczytał testament.

Stryj zapisywał w nim bratankowi cały swój majątek, którego wyliczenie zajmowało dwie bite strony kancelaryjnego formatu. Były tam domy w Petersburgu, wkłady bankowe, fabryka drutu w Kałudze, kamienica w Warszawie, moc akcji, obligacji, pożyczek wojennych itp.

Józef z bijącym sercem odczytywał ten rejestr, gdy zaś doszedł do końca, gdzie obliczono wartość całego zapisu na dwa i pół miliona rubli, przyszło mu na myśl, że nie będzie wiedział, co z tym wszystkim zrobić, że szkoda stryja, który na pewno wkrótce umrze.