Wbiegł po stromych drewnianych schodach i zastukał do drzwi. Po chwili usłyszał człapanie pantofli i głos ciotki Bulkowskiej.
— A kto tam?
— To ja — odpowiedział jak zwykle, wiedząc, że ciotka i tak nie czekając na to, otwierała drzwi.
W twarz buchnął odór kuchni: — dziś na obiad kalafiory i kotlety z cebulką — skonstatował w duchu Józef i przełknął ślinę. Był głodny.
W przedpokoju było ciemno. Ciotka cofnęła się jak zawsze do tak zwanego salonu i stamtąd zapytała swoim cieniutkim głosikiem:
— To ty Józieczku?
— No przecież ja. Ciocia otwiera drzwi, a gdyby to był bandyta?
— Złotko moje, po cóż ty takie rzeczy opowiadasz!
Wyszła do niego i wciągnęła go do salonu:
— A pokażże się! No patrzcie, to mi dorosły człowiek. Jessusss, Maryja! A to twoja matura?! Rozwińże kochanie i pokaż, bo ja ręce mam w maśle... Boże drogi!...