Rozmawiał z mecenasem o interesach, z panią mecenasową o zepsuciu wywołanym przez wojnę w obyczajach towarzyskich, z panną Klimą o Chopinie, z panną Nuną o kubizmie i Baudelairze.

Czasami przy stole musiał opowiadać o bolszewikach. To było dla wszystkich.

Zdawał sobie sprawę, że w tym domu widywano go chętnie jako ewentualnego kandydata do ręki jednej z córek, które zresztą — jak to słyszał od wielu bywających w tym domu osób, stanowiły „dobrą partię”, tak ze względu na posag, jak i na pozycję towarzyską.

Józef jednak nie myślał na razie o małżeństwie: przede wszystkim kończył uniwersytet.

Studia szły gładko. Wśród kolegów Józef zyskał opinię poważnego i zrównoważonego. W znacznej mierze przyczyniło się do tego i to, że nie pił, w hulankach nie brał udziału, na zabawy taneczne nie chodził, co usprawiedliwiała czarna opaska na ramieniu.

Z wiosną uzyskał stopień magistra filozofii i został powołany do wojska.

Podchorążówka z jej żelazną dyscypliną, z ćwiczeniami, wymagającymi wielkiego trudu fizycznego była ciężką próbą. Te sześć miesięcy Józef zapamiętał na długo. Jednakże ani przez chwilę nie budził się w nim protest. Przecież wiedział, że jego obowiązkiem, jako obywatela kraju, było poddać się temu rygorowi, poczucie karności zaś miał wrodzone.

Dzięki dokumentom z Pierwszego Korpusu otrzymał natychmiast po ukończeniu szkoły stopień podporucznika i został przydzielony do Ministerstwa Spraw Wojskowych.

Zaczynała się właśnie ofensywa bolszewicka i wszyscy młodsi oficerowie stawali do raportu, prosząc o wysłanie ich na front.

Józef nie uważał tego za słuszne. Zwierzchność sama wyśle tych, których będzie chciała. Próbował nawet zreflektować kolegów. Gdy jednak to nie odniosło skutku, musiał również stanąć do raportu. Gdyby tego nie zrobił, mogliby go uważać za tchórza.