I tu Jacek wykazał się swoją klasą! Gdy następnie zagrano walca, uśmiechnięty wstał i skłonił się przede mną. Widocznie przełamał w sobie obawę przed tą kobietą albo zląkł się, że ja się na niego poważnie pogniewałam. W każdym bądź razie dał nowy dowód, jak bardzo mnie kocha. Ach, gdybym mu mogła powiedzieć, jak wiele tej chwili odczuwałam dlań wdzięczności.
Był niezrównanie szarmancki, a ponieważ walca tańczy znakomicie, zwracaliśmy na siebie powszechną uwagę. Gdy w drugiej połowie zwolniliśmy tempo, pochylił się nad moim uchem i szepnął:
— Czy już teraz dobrze? Wrodzony upór kazał mi nie poddawać się od razu.
— Tak powinno było być już wtedy — powiedziałam.
— Masz rację, kochanie. Tylko widzisz, wtedy byłoby to nieszczere, a teraz jest najszczersze.
Milczał chwilę i dodał:
— Kocham cię tak, jak już nigdy nikogo kochać nie będę.
Byłam zupełnie szczęśliwa. I z tego, co mi mówił, i z tych spojrzeń, którymi wodzili za mną mężczyźni, i z tego, że tak ładnie wyglądałam, i z tego, że miałam prześliczną sukienkę, której skromność podkreślała jeszcze bardziej moją młodość w porównaniu z tą rudą wydrą. Miała wprawdzie na sobie bardzo szykowną suknię wieczorową z pękiem storczyków, ale wyglądała co najmniej na trzydziestkę. Na dobrze zakonserwowaną trzydziestkę.
Musiała ona to odczuć, gdyż wkrótce wstała i całym towarzystwem przenieśli się do cocktail-baru. Poczciwy Toto w całej swojej naiwności zapytał, zwracając się do mnie i do Jacka:
— Czy nie wiecie, kto to jest ta dama w towarzystwie pana Niementowskiego?