— Nikomu.

Pogroził mi pięścią i dorzucił:

— Pamiętaj!

To powiedziawszy, odwrócił się i bez słowa pożegnania wyszedł.

Jakże trudno znaleźć wyrazy na to, by określić, co się wówczas we mnie działo. Wiem jedno, że uległam całkowicie pierwszemu przemożnemu wrażeniu: oto ten człowiek był kimś zupełnie innym. Wraz z powierzchownością zmienił swoją treść. On, który umiał obdarzać mnie najcudowniejszymi słowami pieszczot, dziś mówił do mnie jak do największego wroga. Patrzył na mnie jak na martwy a nienawistny przedmiot. Wówczas tylko to zrozumiałam. Ogarnął mnie przede wszystkim jakiś bezbrzeżny, przejmujący wstyd, wstyd zdeptanej ambicji, wstyd własnej łatwowierności, wstyd, że mogłam wierzyć temu człowiekowi.

Potraktował mnie jak służącą. Jeszcze gorzej. Trzask zamykanych drzwi wyjściowych odezwał się we mnie echem rzeczywistości. Nie wiem, po co pobiegłam do salonu, nie wiem, czy obudziła się wówczas chęć natychmiastowej zemsty, czy po prostu zrobiłam to odruchowo. Wiem, że z całą wyrazistością pamiętałam o instrukcji majora. Należało podejść do okna i dać znak poruszeniem firanki. Co prawda uprzytomniłam sobie również, że widocznie od dawna zaniechano obserwacji moich okien. Nie widywałam na ulicy nikogo, kto by się w nie wpatrywał. W pragnieniu ukarania Roberta zrodził się teraz żal do majora. Dlaczego go nie pilnowali? Oto teraz mieliby go w ręku.

Nigdy dotychczas nie przeżywałam takiego wzburzenia. Czułam się wręcz zniweczona, dotknięta w najboleśniejszy sposób, upokorzona. Więc kłamał, że mnie kocha, więc oszukiwał mnie bezczelnie! Więc chciał mnie użyć tylko jako narzędzia swoich podłych machinacji. Jakże szczęśliwa byłam teraz, że przynajmniej machinacja ta się nie udała. Zasłużył na to. Zasłużył, by go ujęto. „Co robić?” — myślałam gorączkowo. Już od okna chciałam zawrócić i biec do gabinetu, by telefonować do majora, lecz zdałam sobie sprawę, że i tak nie zdążą. W tej właśnie chwili ujrzałam Roberta na dole. Przechodził przez jezdnię. Nagle spośród przechodniów wysunął się jakiś niski, gruby pan i skierował się w jego stronę.

Wówczas stało się coś strasznego. Robert błyskawicznym ruchem wydobył z kieszeni rewolwer. Rozległ się jeden strzał, później drugi i trzeci.

Przechodnie w panice uciekali we wszystkie strony. Teraz zobaczyłam, że ze stojącego opodal samochodu również strzela jakiś jegomość w brązowym kapeluszu. Robert rzucił się w bok i zaczął biec w stronę skrzyżowania ulic. Za nim pędziło dwu czy trzech ludzi. Oni strzelali do niego, on raz po raz odwracał się i również do nich strzelał.

W powietrzu rozlegała się kanonada i skądś z daleka gwizdki policyjne. Otworzyłam okno i wychyliłam się.