Zirytowało mnie to trochę.
— A czymże ma dla mnie być? Czym jest, obiektywnie rzecz biorąc, zwykły pocałunek?
— Czy... czy i w stosunku do innych mężczyzn... zachowujesz się tak samo?
Byłam już zła.
— Tak. W stosunku do wszystkich, bez wyjątku. Ale upewniam cię, że żaden dotychczas nie zrobił mi o to awantury.
— Bo żaden z nich cię nie kocha — wybuchnął.
— Zaiste, masz dziwne wyobrażenie o miłości. Zawsze sądziłam, że atrybutem tego uczucia raczej jest pocałunek niż wymówki i impertynencje.
Z całej siły chwycił mnie za rękę i spojrzał mi głęboko w oczy. Był z tym gniewem, niepokojem i nadzieją wspaniały. Miły Boże! Czemuż jest taki głupi?! Zapytał przerywanym głosem:
— Jak mam to rozumieć... Haneczko, jak mam to rozumieć?... Czy... ty mogłabyś mnie... pokochać?
Potrząsnęłam głową.