Toto widocznie rozmyślnie usiadł plecami do sali. Ciekawa jestem, w jaki sposób on im tłumaczy, że nie jesteśmy razem. Na pewno wymyślił jakieś bardzo głupie kłamstwo. Mniejsza zresztą o to. Wróciłam do siebie. Byłam bliska płaczu. Coś niedobrze jest z moimi nerwami. Nie mam się czemu dziwić co prawda. Każda inna kobieta na moim miejscu po tylu przeżyciach dostałaby pomieszania zmysłów. A tu jeszcze ten Toto.

Wreszcie o piątej raczył do mnie zatelefonować.

— Czym mogę służyć? — zapytałam zupełnie spokojnie.

— Czy mogę wstąpić do ciebie na chwilę? Chciałbym z tobą pomówić.

— O czym? — powiedziałam takim tonem, że musiał przyjąć to jako stwierdzenie faktu, że zupełnie nie mamy o czym ze sobą mówić. Zamilkł też na chwilę, a później odezwał się niepewnie:

— No, przecież w jakiś sposób musimy się porozumieć. Już wprost dlatego, by nie wyglądało to dziko. Ze względu na ludzi.

— Więc dobrze — zgodziłam się. — Pod jednym wszakże warunkiem...

— Mianowicie?...

— Obiecasz mi, że nie będziemy mówili o niczym innym, jak tylko właśnie o formie zakończenia naszej przyjaźni.

— Przyrzekam ci to.